2012-03-04, 20:00Esencja treningowa - Zgrupowanie Rimini - part 2

Chcieć, a móc. Ot, co mi nie pozwoliło zamieścić tego newsa od razu. Obóz ma swoje priorytety, dlatego dopiero teraz uporządkowałem zapisane wcześniej zdania. Mając więcej czasu, opisałem bardziej szczegółowo trasy i sposób moich przygotowań. Przygotowania i pierwsze luźne dni na zgrupowaniu opisałem wcześniej, a w następnym artykule będzie ogólne podsumowanie. Zapraszam…

Od piątku (17.02) zaczynam sprawdzony w poprzednich latach 3-dniowy cykl. Z reguły właśnie takie bloki wykorzystuję w przygotowaniach. Zaczynam dniem o najintensywniejszych powtórzeniach, ale trwających krócej niż w kolejne dni. Tu w rejonie San Marino idealnie nadaje się do tego lekko wznosząca się droga do Verucchio na północny zachód od Republiki. Sprinty, depnięcia, mocne starty i ich różne modyfikacje dają mocno popalić. Co kawałek lekka zmarszczka asfaltu, która zachęca do przyśpieszenia, a nawet zmusza, gdy mam już dość. Odcinek ten w tym roku przejeżdżam trochę szybciej niż w lutym 2011 roku, ale niestety brakuje mi do czasu powtórzeń, jakie robiłem tu pod koniec marca ubiegłego roku. Wcześniej rozpoczęte przygotowania przyniosły plus patrząc pod kątem Absa Cape Epic, ale nie wszystkie aspekty treningowe mogłem rozwijać w zimowych warunkach w Polsce, stąd mocniej rozwinęły się te, na które mogłem poświęcić więcej czasu przed zgrupowaniem. W tym roku oprócz Polara nadzór nad realizacją treningów sprawuje moc, dlatego analizując wykonanie tego ćwiczenia porównuję Intensity Factor. Począwszy od wartości 1,03 w pierwszym cyklu, do 1,23 w ostatnim, trzecim. Zdecydowanie z progresu, jak i z ostatniego wykonania mogę być zadowolony. Zestawienie tętna i mocy przy takich próbach nie ma żadnego sensu. W zasadzie tylko z mocy można ocenić wykonanie, która 5-sekundowe peaki pokazuje mi na ponad 1000 W, nawet 1200 W.wykres_25_laczony_640

Po tej rozgrzewce czekał mnie kręty zjazd i następnie próbowałem w 8 minut wznieść się niespełna 2-kilometrowym podjazdem o różnicy poziomów 200 m (max nachylenie 21,5%). Brakowało około 30 sekund – cóż, nie wszystkie cele od razu uda się osiągnąć;). Z tego miejsca mogłem nasycić swoją psychę widokami… a za moment jeszcze podnieść adrenalinę na serpentynach do Lo Stradone. Czad. Podjeżdżając w kierunku Borghi zbierałem siły na kolejną serię powtórzeń, tym razem nieco dłuższych z wykończeniami. I tak całą drogę do Sogliano. Ok - „Create Range” i lecimy diciotto tornanti [18 serpentyn]. Fantastico! Che Bello;) Wspinam się do Roncofreddo i znów zjeżdżam w kierunku Borghi, a że miejscowość jest na szczycie, to muszę jeszcze do niej podjechać. Kolejna 8-minutówka na 200 m przewyższenia, chwile oddechu i zaczynam ponownie serię powtórzeń, między Borghi a Sogliano. W Sogliano jestem po około 11 minutach, po złapaniu okrążenia widzę czas 14 sekund gorszy. IF - 1,091 i 1,092 – identyczny Normalized Power - 306 W. A w nogach już ponad 3 godziny, tym razem skręcam na Ponte d’USo i rozpoczynam długi podjazd w kierunku Secchiano. Już spokojniej, rozglądam się po dobrze znanej mi okolicy, ale zawsze z zachwytem patrzę na bajkowe miasteczka na szczytach. Kolejny zjazd i na głównej kieruję się w stronę Rimini, na liczniku trzy cyfrowy dystans. Na koniec jeszcze czas wyśmigać do góry dzisiejszy pierwszy zjazd – na Verucchio jestem po 10 minutach. Stąd już tą samą drogą, co zaczynałem sprinty. Zaczynam analizować trening, minęło już ponad 4 godziny, a wydaje mi się, że dopiero co ruszałem. W hotelu jestem po 5 godzinach, prawie 140 km i ponad 2000 m w pionie. Dobry trening. Naładowany emocjami biorę się za ładowanie węgli. Na nogach mam już skarpetki Sigvaris, a wieczorem po mięśniach przepuszczę Stefana.

Myślę, że dokładnie opisałem trasę i skorzysta z niej każdy, kto będzie chciał tam pojeździć i potrenować. Jeżeli ktoś się wybiera oczywiście niech da znać. Pakuję się i jadę razem z nim, choćby na jeden cykl;) Zawsze - mi piace!

Kolejny dzień opiszę szybciej, bo tym razem udaję się na powtórzenia podjazdu. Mam kilka ulubionych, m.in. „kołyska” między San Marino, a dokładnie Fiorentino i Chiesanuova, Gemmano, Mondaino czy Tavoleto. Najbardziej jednak odpowiada mi Sassofeltrio. W ubiegłym roku pokonałem go ponad 40 razy, oczywiście nie na raz;), to nie Agrykola… Powtórzenia 10-12 minutowe wykonuję na jego 3-kilometrowym odcinku. Spokojniejszym tempem, niższą kadencją i siedząc, wychodzi nieco ponad 1100 VAMu. Trochę brakowało mi do miejsca, gdzie dojeżdżałem w ubiegłym roku, ale to głównie przez to, że teraz kontrolowała to moc. Może właśnie dzięki temu podjazdy szły równo jak w zegarku. Obserwując zmiany w amplitudzie Watów, po pokonaniu w pierwszy dzień ponad 2000 m, a w kolejne już nawet 2500 m w pionie, zawijałem do hotelu zahaczając o Gesso i Montescudo. Z Sassofeltrio droga prowadzi również pod San Marino, skąd można zjechać przez Faetano drogą, którą w ubiegłym roku jechałem na doczepkę wyścig szosowy. Zawsze tam sobie o nim przypominam… o atakach, ucieczce i współpracy z sympatycznymi Włochami. Drugiego dnia cyklu warto zrobić wieczorem rozjazd, ale tym razem zastępowałem go masażem.

Trzeci dzień cyklu to szeroko pojęty dystans po górkach. Dzięki większej dowolności wybierałem sobie po prostu rejon, w który miałem ochotę pojechać. Oczywiście nie mogło być inaczej, żeby chodź raz nie pojechać „Panoramichi”. Od Pesaro polecieliśmy do Fano i wtedy odbiliśmy w głąb lądu. Celem były serpentyny koło Mombaroccio i Monteciccardo. Frajda z jazdy spowodowała, że gdy zjechaliśmy do Montecchio, a chłopaki chcieli kierować się już do Rimini, ja odłączyłem się i pognałem w kierunku Mondaino. W ostatni dzień w cyklu pozwalam sobie pojeździć bardziej na odczucia, jeżeli tylko mam siłę i chęci, dokładam czas jazdy do oporu. Intensywność jest najniższa, kadencja optymalna. Fakt, że nieraz podjazdy wymuszają trochę docisnąć, ale sprawia to jeszcze większą radość. Zjeżdżając przez Saludecio, wymyśliłem podciągnąć w stronę Mercatino, by do Rimini zjechać od Coriano - dodatkowa chopka, ale ciekawiej niż wybrzeżem. Przy hotelu 5:30 h jazdy, bene.img_0102pp_640W kolejnym cyklu na ostatni dzień jako plan minimum zaplanowałem Urbino, a z niego przez Urbanię do Lunano, tam będę mógł rozważyć odwrót lub dalej dokładać. Zastosowałem progresję obciążenia w pierwsze dwa dni, ale i tak czułem się znakomicie. Pozytywnie oceniał treningi Polar i WKO. Ruszając wiedziałem, że będę kręcił do oporu. Przez Coriano pojechaliśmy do Morciano, żeby było ciekawiej podjechaliśmy do Mondaino. Stąd pokazałem chłopakom tajny zjazd, który poznałem jadąc wspomniany wcześniej wyścig. Serpentyny, słońce i wspomnienia – banan na twarzy. Dojeżdżamy do podjazdu na Urbino, długiego, ale bardzo łagodnego, wchodzę na Tempo. Po 30 minutach jesteśmy na szczycie. Piotrek decyduje się odłączyć i powoli obierać kierunek powrotny. Z Arkiem ruszam na Urbanię, kolejne fantastyczne serpentynki i widoki. Po lewej piętrzy się Monte Nerone, po prawej w oddali Monte Carpegna. Czuję, że dziś się z nią przywitam. Podjeżdżamy do Peglio i chyba w ogóle nieuczęszczaną drogą zjeżdżamy do Lunano. Tu znów wbijam na trasę wyścigu i wspominam jak na serpentynach odpadali kolejni kolarze. Pod Carpegną na około 700 m n.p.m. dalej mi mało. Rozłączamy się i samotnie uderzam w kierunku San Leo. Takiego połączenia na jednej trasce jeszcze nigdy nie robiłem. Najpierw muszę się jeszcze wznieść 300 m w pionie, ale taki jest mój cel, żeby odhaczyć 1000 m. Przejeżdżając koło Villagrande spotykam samochody z nartami na dachu wracające ze stoków na północnym zboczu Carpegny. Fotka na 1000 m n.p.m., ostatnie spojrzenie na Monte Nerone. Teraz look z góry na San Marino. Tam zaraz będę. No może nie zaraz, bo sam zjazd trwa ponad 20 minut, ale w ogóle tego nie czuję. Czad. Mam już 5 godzin w nogach. Główną, czy przez dwie górki do Faetano? Bez wahania – zaczynam wspinaczkę. Chiesanuova od tyłu i zjazd do Fiorentino. Porównanie czasu na podjeździe, bez problemu utrzymuję zaplanowaną moc. Spoglądając za siebie widzę, jak słońce zbliża się do szczytów na horyzoncie. Spoko, od Faetano, max godzinka jazdy. Zjazd jak zwykle dostarcza frajdy i przypomina wyścig. Myślę o poznanym na nim Giardino i wspólnym ataku. W tym momencie widzę jakiegoś kolarza z przeciwka i słyszę krzyk: „Martino!”, w tym samym momencie ja krzyknąłem „Giardino!” Ale spotkanie – Che sorpreza! Oczywiście zawijamy do siebie i zaczynamy rozmowę. Mieliśmy się umówić na trening, ale to było całkiem niezamierzone spotkanie. Po chwili rozstajemy się i udajemy w kierunku swoich domów, on ma „tylko” podjechać pod szczyt Republiki, ja jakieś 20 kilometrów. Niesiony emocjami nie zauważam, że przeleciało już ponad 6:30 h. Do apartamentu wracam świeży jak na początku cyklu, ale to tylko adrenalina mnie trzyma. Po konkretnym obiadku czuję wykonaną robotę. 16 godzin w 3 dni – dobry wynik, d’accordo!

img_1514_400Po takim dniu w moim planie następuje Rest. Oczywiście wybieram się z rana na plażę i rozciąganiu poświęcam nawet więcej czasu, ale trening na rowerze to tylko krótka przejażdżka po południu. Dzień wydaje się długi, czas płynie powoli. Temperatura na przejażdżce pozwala zapomnieć o rękawkach i cieszyć się słońcem. Robimy fotki, bawimy się. Wieczorem wycieczka do stolicy San Marino, trochę spaceru, zakupy. Wszystko przy ślicznym zachodzie słońca oświetlającym różnymi kolorami przejechane dzień wcześniej szczyty. Tylko w głowie powstaje nowy projekt trasy i chęć poprawy czasu na znanych odcinkach.

Kolejny dzień, pierwszy w cyklu, był przedostatnim na zgrupowaniu. Z jeszcze większym zapałem zabrałem się za realizację, dokładając w stosunku do poprzedniego kilka procent ogólnego obciążenia. Następnego dnia umówiony jestem z Włochami z Dogany na wspólny trening…


Wszystkie artykuły:

Przed weekendowym ściganiem w Kluszkowcach i Strzyżowie
(2012-05-25, 15:00)
Przed weekendowym ściganiem w Kluszkowcach i Strzyżowie
Od wtorku zmniejszyłem już nieco objętość, ale pierwszego dnia cyklu ...
więcej
Tydzień po Wieluniu
(2012-05-22, 20:00)
Tydzień po Wieluniu
W relacji z maratonu w Wieluniu napisałem, że po wyścigu ...
więcej
Bike Maraton – Wieluń – 12.05.2012
(2012-05-12, 20:00)
Bike Maraton – Wieluń – 12.05.2012
Aktualizacja 15.05.2012, godz. 15:00.  Podróż na Wieluń rozkładam na dwa dni. ...
więcej
Początek ścigania w Polsce
(2012-05-11, 10:00)
Początek ścigania w Polsce
Tak jest, czas na pierwszy wyścig w Polsce. Trochę dziwnie ...
więcej
Kolejne spotkanie na antenie TVP 1 w Kawa czy herbata?
(2012-05-07, 15:00)
Kolejne spotkanie na antenie TVP 1 w Kawa czy herbata?
W dzisiejszym (7.05.2012) programie „Kawa czy herbata?” na antenie TVP ...
więcej
Giro di Lubenia dla wszystkich!
(2012-05-03, 20:00)
Giro di Lubenia dla wszystkich!
We wczorajszym artykule przedstawiłem jak wygląda mój standardowy mikrocykl. Najczęściej ...
więcej
Copyright © 2010 Piotr Sarna All rights reserved.